Przez tydzień próbowałem „hipertekstowania”, aby uciec od algorytmów — oto, czego się nauczyłem
Zastąpiłem swoje media społecznościowe bezalgorytmiczną aplikacją HyperTexting na tydzień. Oto dlaczego cisza była ogłuszająca i czego dowiedziałem się o cyfrowych odkryciach.

W erze, w której nasze cyfrowe życie jest skrupulatnie kształtowane przez algorytmy typu black box, pragnienie odzyskania kontroli nad własnym feedem jest silniejsze niż kiedykolwiek. Platformy takie jak Instagram, TikTok i YouTube doprowadziły do perfekcji sztukę utrzymywania użytkowników w ciągłym przewijaniu stron „Dla Ciebie”, treści sponsorowanych i wabików angażujących, często pozostawiając nas wyczerpanymi i rozproszonymi. Szukając ucieczki, postanowiłem spędzić tydzień korzystając z „HyperTexting”, alternatywnej aplikacji, która oferuje przejrzyste środowisko osi czasu – całkowicie wolne od algorytmów, reklam i rekomendacji treści opartych na sztucznej inteligencji.
Urok feeda bez algorytmów
HyperTexting działa na prostej zasadzie: Twój feed zawiera wyłącznie treści wybrane ręcznie. Obejmuje to kanały RSS, konkretnych twórców, blogi i publikacje informacyjne, które chcesz śledzić. Nie ma tu automatycznego systemu sugestii, nieskończonego przewijania ani inwazyjnych reklam. Na początku mojego eksperymentu doświadczenie było niezwykle wyzwalające. Bez ciągłych bodźców i psychologicznych haczyków, które miały mnie przykleić do ekranu, zacząłem czytać świadomie, zamiast bezmyślnie przewijać. Mój czas spędzany przed ekranem znacznie się skrócił, a poranna rutyna przestała polegać na wpadaniu w algorytmiczną króliczą norę.
Ukryty koszt całkowitej kontroli
Jednak czwartego dnia nowość zaczęła zanikać i nastąpiło zaskakujące odkrycie: brakowało mi zbiegu okoliczności, który oferują algorytmy. Chociaż udało mi się usunąć „szum”, nieświadomie wyciszyłem również sygnał. Zdałem sobie sprawę, że moje ręczne selekcjonowanie treści tworzyło bańkę filtrującą moje dotychczasowe zainteresowania, przez co mój kanał był statyczny i przewidywalny.
Media społecznościowe, pomimo swoich wad, służą jako brama do odkryć. Wprowadzają użytkowników do niszowych społeczności, mało znanych autorów i wiadomości, których nigdy nie szukaliby ręcznie. Bez wyszukiwarki treści przestałem odkrywać cokolwiek nowego. Brak „nieskończonego przewijania” – choć korzystny dla zarządzania czasem – sprawiał, że aplikacja wydawała się dziwnie niedokończona, podkreślając, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do biernej konsumpcji.
Redefinicja naszej relacji z algorytmami
Mój tygodniowy eksperyment z HyperTextingiem nie uczynił ze mnie purysty antyalgorytmicznego. Zmienił raczej moją perspektywę. Problemem nie jest istnienie systemów rekomendacji, ale to, do czego są one obecnie zoptymalizowane. Nowoczesne platformy stawiają na pierwszym miejscu wskaźniki zaangażowania i przychody z reklam, często kosztem dobrego samopoczucia użytkowników i jakości wyszukiwania.
Niekoniecznie potrzebujemy internetu wolnego od algorytmów, ani nie chcemy świata, w którym niewidzialne maszyny dyktują nam całą cyfrową zawartość. Przyszłość prawdopodobnie leży w modelu hybrydowym – takim, w którym użytkownicy zachowują kontrolę nad swoimi podstawowymi danymi wejściowymi, jednocześnie umożliwiając im selekcjonowane, niespodziewane odkrycia, które poszerzają nasze horyzonty, a nie tylko zamykają nas w pętli. Ostatecznie zdałem sobie sprawę, że nie chcę, aby algorytmy całkowicie zniknęły; chcę tylko, żeby służyły moim interesom, a nie reklamodawcom.